EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

Koniec gospodarki niskich płac? Wynagrodzenia w Polsce po 1989 r. (część 1)

Tekst pochodzi z nadchodzącego 64 numeru Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej.

Czy na naszych oczach właśnie kończy się polski model gospodarczy oparty na niskich płacach? Można by tak pomyśleć, czytając nagłówki prasowe lub patrząc na niektóre wskaźniki ekonomiczne. W końcu wg. danych GUS wynagrodzenia systematycznie rosną, płaca minimalna jest regularnie podnoszona, a całkiem niedawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił, że polska gospodarka jest „dwudziestą na świecie” jeśli chodzi o wielkość PKB.

Problem jednak w tym, że polski system prawny określający zasady wynagradzania jest od dawna zderegulowany – pracodawcy uzyskali na tym polu „władzę absolutną” (ograniczoną tylko płacą minimalną) i nie istnieją praktycznie żadne mechanizmy, które umożliwiałyby standaryzację płac na poziomie ponadzakładowym. Dzięki temu polska gospodarka w dalszym ciągu bazuje na przyciąganiu inwestycji zagranicznych niskimi płacami. Model gospodarki opartej o tanią pracę może więc okazać silniej zakorzeniony, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Polskie PKB – coraz większy tort, coraz mniej równo dzielony

Jeśli spojrzymy na podstawowe wskaźniki ekonomiczne w dłuższej perspektywie, to faktycznie płace realne przez ostatnie lata systematycznie rosły. Średnie wynagrodzenie, jakie w 2023 r. wypłacano w Polsce, było dwukrotnie wyższe od tego, na jakie można było liczyć w 1995 r. (I to po skorygowaniu o inflację). Tyle tylko, że w tym samym okresie dużo bardziej wzrosła wydajność pracy – w 2023 r. każda godzina pracy przynosiła 2,5 raza więcej wartości niż 3 dekady temu (por. Wykres 1). Obrazowo mówiąc, przeciętny polski pracownik lub pracownica zarabia obecnie około 2 raza więcej niż w 1995 r., ale jego praca wytwarza 2,5 raza więcej bogactwa, które składa się na rosnący produkt krajowy brutto. Około 2000 r. dynamika wzrostu płac i wydajności uległa „rozszczepieniu” - produktywność pracy zaczęła rosnąć znacznie szybciej niż wynagrodzenia. Oznacza to, że duża część owoców wzrostu wydajności pracy trafiła do kieszeni właścicieli kapitału w formie zysków. To z kolei zmieniło proporcje podziału dochodu narodowego pomiędzy pracę (w formie wynagrodzeń) a kapitał (w formie zysków).

Wskaźnikiem, który dobrze ilustruje ten proces, jest udział płac w PKB – czyli porównanie, jaki odsetek całkowitej wartości dóbr i usług wytworzonych w danym roku w gospodarce stanowią wynagrodzenia wypłacane pracownikom i pracownicom. Jak widać na wykresie nr. 2, odsetek ten przez ostatnie trzy dekady spadł z poziomu 62,5% w 1992 r. do 50,4% w 2004 r. i przez kolejne dwadzieścia lat w zasadzie utrzymywał się na tym poziomie. Co ważne, proporcje podziału, które ukształtowały się w latach 1992-2004 nie uległy większym zmianom przez ostatnie 20 lat: nie zmieniły ich znaczące podwyżki płacy minimalnej po kryzysie gospodarczym lat 2008-2014; nie wpłynęło na nie wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej dla umów zleceń; nie zachwiał nim także wzrost popytu na pracę w ostatnich latach, opisywany przez prasę jako „rynek pracownika”.

Przez ostatnie 30 lat nie tylko spadł udział płac w PKB – zwiększył się także ogólny poziom nierówności mierzony udziałem najbogatszych 10% i najbiedniejszych 50% w dochodzie narodowym. Podobnie jak w przypadku płac, nierówności dramatycznie wzrosły w pierwszych dwóch dekadach transformacji ustrojowej, a następnie ustabilizowały się na poziomie osiągniętym około 2004 r. (Wykres 3). O ile w 1990 r. 20% dochodu narodowego stanowiły dochody najbogatszych 10% społeczeństwa (właścicieli firm, kadry menadżerskiej, najlepiej opłacanych specjalistów), to do roku 2004 r. udział ten wzrósł do mniej-więcej ⅓ PKB i przez ostatnie dwadzieścia lat pozostawał na takim samym poziomie. Natomiast dochody biedniejszej połowy społeczeństwa w tym samym okresie radykalnie spadły – w 1991 r. ok. 30% PKB stanowiły dochody „dolnej połowy” społeczeństwa; od 2004 r.trafia do niej zaledwie ¼ PKB.

Opisane wyżej trendy pokazują, że rozpoczęta w 1989 r. transformacja ustrojowa dramatycznie zwiększyła poziom nierówności społecznych i zmieniła zasady podziału dochodu narodowego między pracę a kapitał. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że w tym samym czasie nastąpił gwałtowny wzrost PKB – wg. danych Banku Światowego, bogactwo „na głowę” (PKB per capita) wzrosło z poziomu 5 111,3 USD w 1990 r. do 18 000,5 USD w 2024 r. (3,5 raza). Jednak jednocześnie pracownicy i pracownice otrzymywali coraz mniejsza część tego „coraz większego tortu”. Zmiana ta była możliwa głównie dzięki dwóm procesom: restrukturyzacji gospodarki, która po 1989 r. została zintegrowana z globalnymi sieciami produkcji i wymiany oraz deregulacji zasad wynagradzania.

Polska jako Zależna Gospodarka Rynkowa

Obok reform prawa pracy, czynnikiem, który dał pracodawcom w Polsce praktycznie absolutną władzę w zakresie kształtowania wynagrodzeń, była transformacja ustrojowa – przejście od centralnego planowania z kluczową rolą państwa w PRL do wolnorynkowego kapitalizmu III RP. Przejście to oparte było na prywatyzacji zakładów pracy będących wcześniej własnością państwa oraz napływie tzw. Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych (BIZ).

Aby zrozumieć, w jaki sposób transformacja gospodarcza wpłynęła na płace i podział PKB trzeba pamiętać, że prywatyzacja nie ograniczała się wyłącznie do „zmiany właściciela”. Najczęściej poprzedzała ją restrukturyzacja, której głównym przejawem były masowe zwolnienia. To z kolei doprowadziło do skokowego wzrostu bezrobocia, które w 1994 r. osiągnęło poziom 16,4%, tym samym wywierając ogromną presję na obniżkę płac. Dyscyplinujące oddziaływanie masowego (dwucyfrowego) poziomu bezrobocia utrzymywało się praktycznie non stop przez całe lata 90. i pierwszą dekadę XXI wieku skutecznie ograniczając aspiracje płacowe świata pracy – w sytuacji, gdy znalezienie pracy po zwolnieniu było bardzo trudne i wiązało się z utratą środków do życia (ze względu na bardzo niskie zasiłki) pracownicy i pracownice w pierwszej kolejności starali się utrzymać zatrudnienie, a nie walczyć o podwyżki.

Drugim elementem zmiany systemowej zapoczątkowanej w 1989 r. był napływ zagranicznych inwestycji – międzynarodowe korporacje albo budowały nowe zakłady pracy od zera, albo przejmowały infrastrukturę byłych przedsiębiorstw państwowych w procesie prywatyzacji. W taki sposób powstały poznański Volkswagen i Solaris, fabryka Fiata w Tychach, zakłady Toyoty na Dolnym Śląsku czy MANa w Starachowicach. To w ten sposób produkcję stali w Polsce praktycznie całkowicie przejął luksemburski ArcelorMittal, a wytwarzanie cementu zdominował francusko-szwajcarski Holcim. Podobnie wygląda geneza sektora handlu wielkopowierzchniowego, w którym prym wiodą: portugalskie Jeronimo Martins (sklepy „Biedronka”), francuskie markety Auchan, niemieckie sieci Lidl, Aldi oraz Makro Cash and Carry. Wyliczankę tę można by zresztą kontynuować w odniesieniu do innych branż i sektorów: od lotniczego, przez media, bankowość, aż po telekomunikację, IT i usługi biznesowe.

Wkraczając do Polski w latach 90., międzynarodowy kapitał mógł liczyć na trzy czynniki, które sprawiały, że koszty pracy były dla wyżej wymienionych firm drastycznie mniejsze niż w przypadku krajów, gdzie mieściły się ich centrale. Pierwszym było wspomniane już wysokie bezrobocie; drugim – trwające reformy prawa pracy, które dawały amerykańskim, niemieckim, francuskim czy włoskim firmom dużo większą swobodę w ustalaniu płac w Polsce, w porównaniu z „krajami pochodzenia”; trzecim było nastawienie związków zawodowych, które przez pierwszą dekadę transformacji ustrojowej nie tylko nie próbowały aktywnie działać w sektorze prywatnym, ale wręcz przedkładały interes prywatnego kapitału nad elementarne prawa pracownicze i „nie chciały zaszkodzić” zagranicznym inwestorom nawet gdy bezwzględnie zwalczali oni związki zawodowe (co szczegółowo opisał David Ost w książce „Klęska Solidarności”). W efekcie, w sektorze prywatnym aktywność związkowa dość szybko zamarła, a kadra kierownicza prywatnych firm zyskała praktycznie całkowitą swobodę jednostronnego kształtowania płac i warunków pracy.

W ten sposób powstał model gospodarczy, który ekonomiści nazywają „zależną gospodarką rynkową” (ZGR). Jej główne cechy to: zorientowanie produkcji na eksport, duży wpływ korporacji międzynarodowych na władze publiczne oraz integracja z globalnymi łańcuchami produkcji towarów, dla których ZGR służy przede wszystkim jako „platforma montażowa”.

Dla korporacji zależne gospodarki rynkowej są atrakcyjne przede wszystkim ze względu na niskie koszty pracy. W przypadku Polski ten „atut” w dalszym ciągu ma duże znaczenie – ponieważ nawet pomimo systematycznego wzrostu płac, przeciętny całkowity koszt godziny pracy (z uwzględnieniem podatków i składek na system zabezpieczenia społecznego) jest na poziomie połowy średniej dla całej Unii Europejskiej (por. Tabela 1). Dzięki temu Holcim może więc wytwarzać w Polsce cement, płacąc za godzinę pracy 2,5 raza mniej niż gdyby robił to we Francji; Volkswagen lokując produkcję w Polsce obniża swoje koszty pracy dwu-i-pół krotnie w porównaniu z tym, co musiałby zapłacić w Niemczech; włoskie firmy z branży motoryzacyjnej i lotniczej na prowadzeniu produkcji w Polsce również oszczędzają na funduszu płac, ponieważ godzina pracy kosztuje je 1,7 raza mniej niż we Włoszech.

Tabela 1 - Przeciętne całkowite godzinowe koszty pracy w wybranych krajach UE w latach 2008-2024 (Euro / godzinę)

 

2008

2016

2024

Średnia UE

21,6

25,6

33,5

Niemcy

27,9

32,8

43,4

Francja

31,2

34,6

43,7

Włochy

25,2

27,6

30,9

Hiszpania

19,4

21,2

25,5

Polska

7,6

8,7

17,3

Czechy

9,2

10,3

18,2

Węgry

7,8

7,8

14,1

Źródło: Eurostat (lc_lci_lev)

Jak zderegulowano zasady wynagradzania?

Same w sobie procesy restrukturyzacji i prywatyzacji gospodarki nie byłyby wystarczające, żeby tak radykalnie zmienić proporcje podziału dochodu narodowego między pracę i kapitał. Towarzyszyć im musiały zmiany prawne, które umocniły pozycję pracodawców. Spośród nich kluczowe znaczenie miał proces rozmontowania układowej regulacji zasad wynagradzania i warunków pracy, który dokonał się poprzez szereg reform Kodeksu Pracy.

Praktycznie przez całą historię PRL (od 1956 r. do lat 80.) warunki wynagradzania oraz pracy regulowane były przez branżowe układy zbiorowe zawierane między koncesjonowanymi przez reżim związkami zawodowymi (CRZZ) a organami administracji publicznej. W zasadzie dopiero w 1984 r. dopuszczono możliwość, aby zasady wynagradzania były ustalane na poziomie pojedynczych zakładów pracy, a i to tylko w wyłącznie ściśle określonych przypadkach. Nawet jednak wtedy regulacje zakładowe miały charakter uzupełniający dla norm obowiązujących na poziomie branżowym, ale ich nie zastępowały. Po roku 1989 r. sytuacja uległa radykalnej zmianie – system ustalania zasad wynagradzania został przebudowany przede wszystkim poprzez reformę Kodeksu pracy z 1994 r., która niejako „zrównała” ze sobą układy zbiorowe o zasięgu zakładowym i ponadzakładowym. Jak się okazało, to zrównanie statusu porozumień zakładowych i ponadzakładowych otworzyło furtkę do sprowadzenia procesu ustalania zasad wynagradzania na poziom zakładowy. Trend ten uległ wzmocnieniu w 1996 r., kiedy to kolejna reforma Kodeksu pracy znacznie wzmocniła status ustalanych na poziomie zakładu pracy regulaminów (pracy i wynagradzania) - de facto stały się one dopuszczalną alternatywą dla układów zbiorowych, która w hierarchii źródeł prawa pracy ma podobny do nich status. W zakładach pracy, w których nie działały związki zawodowe (a jak wiadomo, w sektorze prywatnym jest to nadal większość zakładów pracy), dało to pracodawcom możliwość samodzielnego ustalania zasad wynagradzania, z pominięciem zdania załogi i bez konieczności podejmowania dialogu ze związkami zawodowymi.

„Gwoździem do trumny” układowej metody regulacji wynagrodzeń był wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2002 r., który zniósł zasadę, że w przypadku wygaśnięcia lub rozwiązania UZP, jego regulacje obowiązywały do czasu zawarcia nowego układu. To z kolei pozwoliło pracodawcom na „uwolnienie się spod regulacji układowej w ogóle, bądź zawarcia w miejsce rozwiązanego układu nowego, przewidującego niższy poziom świadczeń” (jak pisał Generalny Inspektor Pracy w sprawozdaniu za 2005 r.). W efekcie odsetek pracowników objętych układami zbiorowymi w Polsce spadł z poziomu ok. 70% w latach 70. do 25% w 2000 r. a następnie do 13,4% w 2020 r. (Por. Tabela 2). Co ważne, warunki pracy i zasady wynagradzania większości z tych 13,4% pracowników i pracownic są ustalane na poziomie zakładowym. Według szacunków prof. Łukasza Pisarczyka z Uniwersytetu Warszawskiego, układy ponadzakładowe obejmują zaledwie ok. 200 tys. pracowników i pracownic (czyli ok. 1,3% ogółu).

Tabela 2 Odsetek pracowników objętych układami zbiorowymi pracy (% ogółu zatrudnionych) w latach 1970-2020

 

1970

1980

1990

2000

2010

2020

Francja

70%

84,6%

94,6%

93,4%

98%

98%*

Niemcy

85%

85%

85%

67,8%

59,8%

54%*

Wielka Brytania

85%

82,5%

58%

36,4%

30,9%

26%*

USA

26%

25,5%

18,2%

14,9%

13,1%

11,6%

Polska

70%**

bd.

bd.

25%

18,5%

13,4%

*- dane za 2018 r.

** - dane za Zbigniew Salwa, Prawo pracy PRL w zarysie, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1978 s.39

Źródło: OECD/AIAS ICTWSS Database “Collective bargaining coverage”

W jaki sposób wyżej opisane procesy wiążą się z poziomem płac i kosztów pracy? Po pierwsze, poziom, na jakim odbywa się ustalanie zasad wynagradzania, ma kluczowe znaczenie dla pozycji przetargowej pracodawców i pracowników: jeśli na poziomie branży lub danego regionu obowiązują ramowe, minimalne standardy odnośnie stawek wynagrodzeń, to pracodawcy w mniejszym stopniu mogą między sobą konkurować, obniżając płace na poziomie poszczególnych firm (ponieważ zakładowe regulaminy czy też układy mogą być tylko korzystniejsze od regulacji ustawowych czy przepisów układów ponadzakładowych). Po drugie, sprowadzenie rokowań płacowych na poziom zakładu pracy powoduje fragmentację ruchu związkowego – trudno jest wysuwać wspólne żądania, gdy poszczególne organizacje związkowe na co dzień negocjują tylko zasady dotyczące „ich” zakładów pracy. Po trzecie, możliwość wydania przez pracodawcę regulaminu wynagradzania zamiast uzgodnienia ze związkami zawodowymi układu zbiorowego sprawia, że znikają bodźce do tego, aby zasady regulujące płace ustalać w toku negocjacji ze zorganizowanymi pracownikami i pracownicami.

Może to wydawać się paradoksalne, ale kraje uznawane za sztandarowe przykłady gospodarek, w których klasa pracująca jest godnie wynagradzania, mają systemy rokowań płacowych bliskie rozwiązaniom, które obowiązywały w okresie PRL. W europejskich potęgach gospodarczych takich jak Francja czy Niemcy, a nawet w krajach pół-peryferyjnych jak Hiszpania czy Włochy (których poziom płac jest jednak znacząco wyższy niż w Polsce), ramy zasad wynagradzania określają układy zbiorowe negocjowane na poziomie branżowym, które swoim zasięgiem obejmują ponad połowę wszystkich zatrudnionych. Taki model nie tylko gwarantuje wyższy poziom ochrony płac i świadczeń socjalnych, ale też wzmacnia związki zawodowe i solidarność pomiędzy pracownikami z różnych zakładów pracy.

W kolejnej części artykułu zostanie przedstawione, jak wygląda ustalanie zasad wynagradzania na poziomie „mikro” (czyli poszczególnych przedsiębiorstw) oraz omówione zostaną nadchodzące zmiany prawne, które wynikają z dwóch dyrektyw unijnych – o adekwatnych wynagrodzeniach minimalnych i o transparentności wynagrodzeń.

 

Jakub Grzegorczyk (Komisja Krajowa),

Katarzyna Rakowska (Komisja Zakładowa na Uniwersytecie Warszawskim)

Czytaj dalej...

Dwudziesta gospodarka świata: perspektywa krytyczna

W ostatnim czasie do wiadomości publicznej przedostały się dwie informacje propagujące rzekomy wielki sukces polskiej ścieżki rozwoju po transformacji ustrojowej. Jedną z nich podał Główny Urząd Statystyczny w raporcie dotyczącym wzrostu przeciętnego dochodu rozporządzalnego w 2024 roku. Zgodnie z raportem dochód rozporządzalny, a więc, mówiąc w skrócie, pieniądze lub przychód z działalności po odliczeniu wszystkich podatków i składek, wzrósł realnie o ponad 14% w stosunku do roku 2023 – co jest największym odnotowanym rocznym wzrostem dochodu rozporządzalnego w historii kraju. Należy podkreślić, że wzrost realny oznacza w tym przypadku wzrost nominalny pomniejszony o inflację, która w tym samym roku miała wynieść średnio 3,6%.

Druga informacja obiegła media parę tygodni później i dotyczyła już nie sytuacji mikro, lecz makro: Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił, że gospodarka Polski w roku 2025 urośnie do rangi 20 największej gospodarki świata, której PKB osiągnie wartość biliona dolarów. Podobnie jak w przypadku raportu o wzroście dochodu rozporządzalnego, wiadomość ta była powszechnie używana do propagandy sukcesu, zwłaszcza przez polityków obozu rządzącego oraz prorynkowych komentatorów gospodarczych. Podkreślano, że polska gospodarka ma być najszybciej rosnącą gospodarką w regionie i przykładem wielkiego sukcesu, wręcz „drugą Japonią” – zgodnie z hasłem z 1980 roku.

Pomińmy już milczeniem to, że polska polityka uwięziona jest wciąż w hasłach i symbolach sprzed ponad 40 lat, które uniemożliwiają zniuansowane i realistyczne spojrzenie na kapitalistyczną transformację, a wymuszają jedynie jej bezrefleksyjną akceptację lub puste odrzucenie. Wbrew tej dominującej przez całą III RP i łączącej wszystkie główne obozy politycznej ideologii antykomunistycznej, zgodnie z którą wszystko, co tylko nie jest „komuną”, jest z automatu dobre i słuszne, postarajmy się krytycznie i trzeźwo przyjrzeć obu tym informacjom. Z jednej bowiem strony wzrost gospodarczy jest łatwy do zauważenia, a nominalne dane wydają się mieć pewne pokrycie w obserwowalnej rzeczywistości nowych inwestycji, rosnących miast (przynajmniej tych wojewódzkich) i możliwości konsumpcyjnych. Niemniej polski model rozwoju jest niezwykle nierówny, a Polska wydaje się już na dobre grzęznąć w koleinach neoliberalnych recept na wzrost gospodarczy, których efektem jest pogłębianie się nierówności, wykluczanie kolejnych warstw ludności z pełnej partycypacji w społeczeństwie, zaostrzająca się konkurencja i pogłębianie się wyzysku, a w efekcie polityczna polaryzacja, czego efektem jest widoczny gołym okiem wzrost poparcia dla autorytarnych ruchów politycznych.

Projektowany bilion dolarów polskiego PKB wygląda już trochę gorzej, gdy spojrzymy na PKB per capita. Według oficjalnych danych Banku Światowego wynosi ono w Polsce nieco powyżej 25 tys. dolarów, a gdy uwzględnimy ceny bieżące – nieznacznie ponad 26 800 dolarów. W skali globalnej nie daje nam to bardzo wysokiej pozycji, ale sens porównywać jest tę wartość z gospodarkami o podobnej historycznej trajektorii oraz podobnym udziale sektora finansowego (a więc bez uwzględnienia takich krajów jak, chociażby Lichtenstein, Szwajcaria, Kuwejt czy Monako). Nasze PKB per capita – niezależnie czy będziemy uwzględniać ceny bieżące, czy nie – wynosi 79% średniej UE i jest niższe od Czech, Słowenii, Słowacji, Litwy, Portugalii czy Estonii, a jedynie nieznacznie wyższe od Chorwacji czy wciąż niemogącej się w pełni podnieść z kryzysu Grecji. Nie da się ukryć, że w porównaniu z takimi krajami jak Serbia, Turcja czy chociażby Rosja można mówić o zdecydowanie wyższej stopie życia w Polsce, ale w samej Unii Europejskiej niższe PKB per capita mają od nas ledwo Rumunia, Węgry, Łotwa i wspomniane już Węgry oraz Grecja (wszystkie dane za MFW). Wielkość PKB całej polskiej gospodarki jest w tym kontekście efektem przede wszystkim uczestnictwa we wspólnym europejskim rynku oraz dużej populacji (znacząco zwiększonej dzięki imigracji pracowników i pracownic z Ukrainy), nie zaś szczególnie wybitnej polityki gospodarczej

Inne dane pokazują raczej, że polityka ta jest wręcz niesprzyjająca dla pracowników i pracownic w Polsce. Udział płac w polskim PKB jest bardzo niski (41,4% PKB) i wciąż niższy od udziału zysków (45,7% PKB), co mocno kontrastuje ze średnimi unijnymi (odpowiednio 47,9% i 41%). Być może za część tej dysproporcji odpowiada duży udział jednoosobowych działalności gospodarczych, gdzie zdecydowana większość tych osób powinna być liczona raczej jako normalni pracownicy, a nie przedsiębiorstwa. Niemniej nawet wtedy dysproporcja między udziałem płac i zysów w polskim PKB na tle unijnej średniej jest łatwo widoczna i wskazuje na jedną ważną kwestię: polski model rozwoju oparty jest w dużym stopniu na olbrzymim wyzysku pracowników i pracownic. Wszelkie hasła o tym, że mamy w Polsce do czynienia z „rynkiem pracownika”, można uznać raczej za kiepski żart.

Wszystko to pokazuje, że chwalony polski model rozwoju jest oparty na taniej pracy, dużym wyzysku, a także słabej pozycji pracowników – według oficjalnych danych Departamentu Dialogu i Partnerstwa Społecznego MRPiPS w roku 2024 w Polsce miało miejsce 118 konfliktów społecznych. Nie 118 tysięcy – 118 przypadków. We wszystkich sektorach gospodarki. Przy ponad 15 milionowej liczbie pracowników w Polsce liczba ta jest porażająco niska (dla przykładu, we Francji, gdzie dochodzi do średnio największej liczby strajków w krajach OECD, dochodzi do ok. 118 strajków na 1000 zatrudnionych osób). Za sytuację tę odpowiada niezwykle mocne antypracownicze prawo strajkowe w Polsce, jak i bardzo niski poziom uzwiązkowienia – w Polsce wynosi on ok. 10%, przy czym uzwiązkowienie skupione jest głównie w paru konkretnych branżach, a w sektorze prywatnym prawie nie istnieje. 

Można by stwierdzić, że co z tego, skoro średnio wszystko rośnie, zwłaszcza dochód rozporządzalny, a to się przecież z perspektywy pracowników i pracownic liczy najbardziej. Problem polega na tym, że rośnie właśnie średnio, a taka średnia nam tak naprawdę niewiele mówi o realnej sytuacji konkretnych ludzi. Co więcej, można zgłosić również zastrzeżenia do podawanej wielkości realnego wzrostu. Podawana wartość 14% realnego wzrostu dochodu rozporządzalnego obliczona została na podstawie średniej wartości inflacji wynoszącej 3,6%. Przy czym sposób liczenia koszyka dóbr konsumpcyjnych przez GUS sprawia, że wartość inflacji również podaje się średnią, opartą na średniej konsumpcji gospodarstw domowych. Oznacza to, że dla tych gospodarstw domowych, które przeznaczają prawie całość swoich dochodów na żywność, czynsz i opłaty za energię – a te koszty skoczyły najbardziej – realna inflacja jest odczuwalnie wyższa. Ile wyższa? - trudno powiedzieć, ale przy danych mówiących, że nawet około 40% osób w Polsce stać jedynie na minimum socjalne, można założyć, że ponad połowa (jeśli nie wręcz jakieś 2/3) gospodarstw domowych w Polsce odczuwa dużo wyższą inflację niż jej wartość bazowa. Doliczmy do tego fakt, że podawana w raporcie GUS wielkość dochodu rozporządzalnego jest liczona jako wartość przeciętna, a więc w efekcie nie dostajemy informacji o tym, jak wielkie są różnice między gospodarstwami najlepiej i najgorzej zarabiającymi, a nawet jak wygląda mediana tych wielkości

Na marginesie dodajmy, że kwestia liczenia inflacji jest zresztą także istotna w dyskusji o podwyżce pensji minimalnej. Ponieważ od wysokości pensji minimalnej zależą przede wszystkim najbiedniejsze gospodarstwa domowe,  a te za pensje kupują głównie towary, których ceny podskoczyły najbardziej (żywność, czynsz i energia), ostatnia decyzja Rady Ministrów o podniesieniu pensji minimalnej o wartość inflacji oznacza tak naprawdę zbiednienie ponad 10% polskich pracowników i pracownic otrzymujących wynagrodzenie nieprzekraczające pensji minimalnej.

Co ciekawe, w całej dyskusji o wzroście dochodu rozporządzalnego znikła praktycznie zupełnie informacja o tym, że w roku 2024 odnotowano rekordowy skok wydatków państwa, które wyniosły 49,4% PKB. Był to skok w stosunku do roku 2023 o 2,5 punktów procentowych, jeden z największych w całej Unii Europejskiej. Duża część tego wzrostu to wydatki na zbrojenia, niemniej nie tylko – jakąś część stanowiły również podwyżki pensji w sektorze publicznym, chociażby nauczycielskich i pielęgniarskich. Wniosek z tego jest taki, że dochód rozporządzalny wzrósł między innymi dlatego, że państwo wyrównało wreszcie pensje jednym z najbardziej potrzebnych zawodów o poziom pandemicznej inflacji. Kolejnych podwyżek, które by poprawiły sytuację materialną tych grup, a nie tylko zabezpieczały ich przed zbiednieniem, szybko raczej nie będzie, przynajmniej póki grupy te się nie zmobilizują i nie  poddadzą się politycznej presji wyboru między mniejszym a większym złem w polskiej polityce, tylko ponownie zawalczą strajkiem. Można więc podejrzewać, że już w 2025 realny wzrost dochodu rozporządzalnego nie będzie taki spektakularny, gdyż znikną przynajmniej niektóre (jeśli nie główne) czynniki jego wzrostu w 2024: podwyżka pensji minimalnej ponad inflację oraz znaczące podwyżki niektórych grup w sektorze publicznym. 

Podsumowując, trudno podzielać wielki entuzjazm z powodu faktu, że Polska weszła do „elitarnego” klubu 20 największych gospodarek świata. Pomijając już, że sama wielkość gospodarki niewiele jeszcze mówi o życiu w danym kraju – w tym jakże elitarnym klubie zasiadają m.in. Arabia Saudyjska, Rosja, Chiny czy Indie, a więc kraje, które cierpią na szereg problemów dotyczących poszanowania praw człowieka i praw pracowniczych – to pozycja 20 największej gospodarki świata w przypadku Polski jest raczej dość naturalną koleją rzeczy. Mając ludność niewiele mniejszą od Kanady (zwłaszcza jeśli się uwzględni imigrację w ostatnich latach), Polska w zasadzie nie ma zbyt wielu konkurentów w zajęciu tej pozycji: wszystkie inne kraje z większą od nas ludnością, które nie znajdują się na liście G20, nie są członkami wspólnego europejskiego rynku, a większość z nich wciąż mierzy się z długim trwaniem kolonialnych relacji lub jest wprost poddawana sankcjom gospodarczym. Natomiast na tle innych krajów znajdujących się w bliskich relacjach z globalnym, kapitalistycznym centrum Polska wciąż jest krajem stosunkowo taniej, mocno wyzyskiwanej, dyscyplinowanej i potulnej siły roboczej. Ten model rozwoju prędzej czy później (raczej prędzej) natrafi na swoje granice, jeśli nie ekonomiczne, to polityczne, gdyż już teraz widać, że stworzył doskonałe podłoże do rozwoju radykalnie prawicowych, faszyzujących ruchów społecznych, zyskujących coraz większe społeczne poparcie. Skromnym celem w ramach  reformistycznej ledwie polityki jest wyprowadzenie polskiego społeczeństwa z kolein modelu rozwoju, w którym wzrost gospodarczy dokonuje się kosztem znaczącej części, jeśli nie większości społeczeństwa, która musi pracować więcej, w większym stresie i niepokoju, z coraz trudniejszym dostępem do mieszkań i będąc wciąż pozbawioną kolektywnej ochrony przed przemocą przełożonych. Najbardziej elementarnymi i wciąż najskuteczniejszymi środkami do tego, jak widać, jest kolektywny nacisk pracowniczy w sektorze prywatnym oraz publicznym, a także wywieranie nacisku na państwo, by zwiększało pensję minimalną oraz wydatki na zarobki w sektorze publicznym. Grunt to znaleźć metody organizacji, by móc z tych środków korzystać. Żyjemy bowiem w czasach, w których tak elementarne i skromne cele stają się nie tylko coraz trudniej osiągalne, ale są powoli być albo nie być przetrwania demokratycznej formy polityki.

 

Mikołaj Ratajczak

Czytaj dalej...

Nadmiar czy deficyt pracy?

W Teatrze Ósmego Dnia 5 kwietnia br. odbyła się druga z serii debat o przyszłości. Jej tytuł brzmiał: „Nadmiar czy deficyt pracy? Od technologicznego bezrobocia po gwarancje zatrudnienia”, a dyskusja ogniskowała się wokół książki „W sprawie gwarancji zatrudnienia” autorstwa Pavliny R. Tchernevej. Udział w panelu wzięli: Marcin Czachor (adwokat związany z Fundacją im. Edwarda Lipińskiego i Wydawnictwem Ekonomicznym Heterodox), Marta Rozmysłowicz (członkini Komisji Krajowej OZZ Inicjatywa Pracownicza), Paulina Nowak (ekonomistka związana z Fundacją im. Edwarda Lipińskiego, polityczka społeczna, ekspertka ds. innowacji społecznych), Mikołaj Iwański (ekonomista, absolwent filozofii Uniwersytetu Adama Mickiewicza, wykładowca na Akademii Sztuki w Szczecinie). Debatę prowadził Jarosław Urbański z Inicjatywy Pracowniczej.

Czytaj dalej...

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
514-252-205
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 514-252-205
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.