Skip to main content
EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

3 mld zł na fabryki AI? Gdzie nasze „3% dla nauki”...?

3 mld zł na fabryki AI? Gdzie nasze „3% dla nauki”...?

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ostatnim tygodniu chętnie mówi o sukcesach. Minister Marcin Kulasek ogłasza, że resort – dzięki „twardym negocjacjom” z resztą rządu – pozyskał dodatkowe 3 miliardy złotych na rozwój polskiej nauki. I choć mogłoby się wydawać, że spełniają się oczekiwania, które nasze środowisko tak dobitnie wyraziło w tym roku, oburza to, na co właściwie mają zostać przeznaczone te pieniądze. Bo pierwszym z celów, które sygnalizuje na swoich mediach społecznościowych pan Minister, jest „wsparcie budowy polskich fabryk sztucznej inteligencji”.

Przypomnę, że całe nasze środowisko protestuje. Najdobitniej widać było to pod Sejmem 27 maja podczas o manifestacji „3% dla nauki. 100% dla Polski”. Resort w tym czasie chwali się tymi trzema miliardami – przy czym jako priorytety w ich wydatkowaniu wskazuje rozwój AI i „wzmocnienie bezpieczeństwa cyfrowego na uczelniach i w instytucjach naukowych”... Problem w tym, że takie podejście nie rozwiązuje problemów, wokół których protestujemy: nie podnosi wynagrodzeń, nie daje stabilności zatrudnienia, nie tworzy warunków do prowadzenia badań podstawowych i nie zmniejsza presji, pod którą na co dzień pracują osoby zatrudnione na uczelniach. Przeciwnie: wzmacnia model, w którym finansowanie nauki uzależnia się od tego, czy dany projekt da się przedstawić jako technologiczny sukces, inwestycję albo przyszły zysk.

Spodziewajmy się, że publiczne pieniądze znów wspierać będą więc projekty, które można szybko sprzedać jako inwestycje w „innowacyjność” czy “konkurencyjność gospodarki”. Miliardy, pozyskane tym rzekomo heroicznym wysiłkiem, sfinansują infrastrukturę, technologie i zaplecze, z których później korzystać będą przede wszystkim wielkie zagraniczne korporacje, żerujące na publicznych zasobach wody i ziemi – nie my, pracownicy współtworzący publiczne uczelnie. Co więcej, wstępne prognozy dotyczące budżetu wskazują, że dla naszych zakładów pracy nadchodzący 2027 będzie kolejnym rokiem zamrożenia subwencji (pomimo nominalnego wzrostu budżetu państwa). Czyli ewentualne dodatkowe środki nie trafią do całego sektora, lecz zostaną skoncentrowane przede wszystkim w wąskiej grupie tzw. uczelni badawczych.

***

Co poza tym słychać w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego? Dość wspomnieć, że wciąż czekamy na rozporządzenie w sprawie oceny działalności naukowej. My tymczasem już teraz – jako komisje akademickie – musimy zatwierdzać wewnętrzne modele i regulaminy okresowej oceny pracowników. I dzieje się to, choć nikt nie zna ostatecznych zasad, według których w przyszłości będzie oceniany nasz dorobek.

Wciąż nie znamy także listy czasopism punktowanych, decydującej o wartości przypisywanej naszym publikacjom – w praktyce więc ocenie całego naszego dorobku. To właśnie te listy napędzają słynną, akademicką „punktozę”: dyktują, gdzie opłaca się publikować, a kiedy po prostu – z perspektywy ewaluacji – tracimy swój czas. No i zwiększamy ryzyko, że nasze zaangażowanie okaże się niewystarczające. W każdym z tych przypadków niepewność przepisów przerzucana jest na nas – zwłaszcza że od przyjętych przez nas kryteriów zależeć będzie nasze „być albo nie być” na uczelni. Rzecz jasna, negatywna ocena zawsze może oznaczać dla pracownika koniec kariery w ogóle.

Jako Inicjatywa Pracownicza co i rusz przypominamy, że problemy publicznych uczelni i Polskiej Akademii Nauki nie są tylko problemami osób prowadzącycbh badania naukowe. W naszych zakładach pracy nie wszyscy prowadzą badania: są tu dydaktycy i dydaktyczki, pracownicy i pracownice obsługi, administracja, pracownice i pracownicy techniczni, bibliotekarki i bibliotekarze, informatycy i informatyczki I wszyscy funkcjonujemy w ramach tej samej, chronicznie niedofinansowanej instytucji, w której brak pieniędzy przykrywa się ideą “doskonałości” naukowej i dydaktycznej. Nie ma pieniędzy, więc mówią nam, że źle pracujemy; wskazują wiecznie nowe cele, których nie da się osiągnąć. Dlatego walka o finansowanie nauki nie może sprowadzać się do walki o kilka dodatkowych punktów procentowych w ministerialnym budżecie. I my jako Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji IP walczymy w pierwszej kolejności o to, jak wydatkowane mają być pieniądze, jakiego rodzaju instytucją ma być publiczna akademia i kto w ogóle ma mieć wpływ na jej funkcjonowanie. 

***

Przez kolejne miesiące nasze apele pozostawały bez odpowiedzi, 27 maja wyszliśmy więc na ulicę. Razem z pracownikami i pracownicami uczelni, doktorantami i studentami stanęliśmy pod Sejmem w ramach protestu „3% dla nauki, 100% dla Polski”.

A przecież w naszym środowisku protest miał być w zasadzie błędem systemowym. Tresowano nas do tego, by siedzieć w murach akademii, pisać artykuły, składać wnioski, zdobywać punkty; pilnować własnego miejsca w kolejce, radząc sobie indywidualnie. Jeśli brakuje pieniędzy, szukaj grantów. „Kultura zap**dolu” lat 90. i 2000. też zrobiła swoje. Nie ma etatu? Czekamy cierpliwie - wykaż się w końcu; walcz o zasoby, autorytet, pozycję, przetrwanie.

Tylko że w naszych zakładach pracy ta walka od początku nie jest równa. Mamy różny dostęp do pieniędzy, grantów i sieci kontaktów, a w ślad za tym różne możliwości zdobycia stabilnego zatrudnienia czy budowania pozycji zawodowej. Te nierówności nakładają się zresztą na siebie: klasowe na płciowe, na różnice statusu zawodowego, pozycji instytucjonalnej. 

W efekcie międzynarodowe kariery może budować grupka wybranych. Przy czym możliwe jest to zawsze dzięki pracy całej rzeszy osób, których wysiłek pozostaje niewidoczny – doktorantów, pracowników technicznych i administracyjnych, młodszych badaczy i wszystkich tych, którzy zamiast rozwijać własną pozycję, przede wszystkim próbują utrzymać się w akademii. I jedni królują w tabelkach ewaluacyjnych, ściągając przy tym środki z Ministerstwa na własne wydziały, gdy większość wykonuje pracę, której tabelki w ogóle nie widzą.

Na proteście 27 maja wrzeszczałyśmy więc, upominając się o osoby zatrudnione na śmieciówkach. Ci z semestru na semestr nie wiedzą, czy dalej będą mieli pracę, a zarabiają przy tym nieproporcjonalnie mniej od tych na bezpiecznych etatach. O osoby doktoryzujące się, które zasuwają na poczet tych wyżej w hierarchii, nie otrzymując nawet równowartości minimalnej pensji, i nie mając żadnej gwarancji, że po studiach znajdą zatrudnienie. Mówiliśmy o pracy dydaktycznej i organizacyjnej, o dyskryminacji i nierównościach. O tym, że na obecnym poziomie finansowania nie da się dalej pracować, a za wielkimi sukcesami garstki szczęśliwców stoją ludzie, którzy muszą z czegoś żyć.

***

Nasze środowisko potrzebuje godnych wynagrodzeń i stabilnych warunków dla wszystkich pracowników oraz trwałego zwiększenia finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Wśród postulatów znalazło się powiązanie wynagrodzeń ze średnią pensją w sektorze przedsiębiorstw, podniesienie stypendiów i poprawa sytuacji mieszkaniowej studentów i doktorantów, a w końcu także zwiększenie subwencji i finansowania badań czy szeroko rozumianej infrastruktury.

Zorganizowaliśmy protest całego środowiska i pokazaliśmy, że jesteśmy pracownikami i pracownicami, a nie petentami Ministerstwa. Potrafimy się organizować i wspólnie występować w obronie naszych warunków pracy. Przy czym był to tylko początek nierównej walki. Jeśli rząd nadal będzie słyszał przede wszystkim głosy biznesu, a nie ludzi pracujących w nauce, będziemy musieli krzyczeć głośniej i protestować bardziej stanowczo.

3% dla nauki w 20. gospodarce świata to w zasadzie minimum, od którego możemy zacząć rozmawiać o przyszłości naszych zakładów pracy. Rozbuchane aspiracje do „doganiania zachodu” przy obecnych nakładach na szkolnictwo wyższe oznaczać będą niestety dalszą preparyzację akademii i wzmacnianie „konkurencyjności” – opartej, rzecz jasna, na różnicach klasowych i genderowych. No i udawanie, że różnic między nami nie ma. A wszystko to przykrywa logika „innowacyjności” – przekonanie, że publiczne pieniądze powinny przede wszystkim trafiać tam, gdzie można obiecać szybki zwrot, komercjalizację badań czy wpływ na “konkurencyjność” polskiej gospodarki. W efekcie rodzi to ryzyko, że wysychający strumyczek publicznych pieniędzy popłynie do gigantów technologicznych, prywatnych firm, a w najlepszym wypadku do kilku spośród ponad stu uczelni – jasne, że tych z czołówek rankingów. 


Dobrze byłoby poznać wskaźniki i kryteria tych rankingów zanim pieniądze zostaną rozdane. Przede wszystkim jednak domagamy się stabilnego zatrudnienia, godnych wynagrodzeń; ograniczenia rozwarstwienia płac, zatrzymania prekaryzacji i wypychania pracowników na umowy cywilnoprawne. Chcemy finansowania badań - ale takiego, które nie będzie pogłębiało istniejących nierówności. Nie chcemy natomiast kolejnych miliardów rozdawanych pod hasłem „innowacyjności”.

 

Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji

Tekst przygotował Janek Skarbek-Kazanecki
Koordynator ds. nauki i edukacji / Łódzka Komisja Akademicka