Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Masakra protestu robotników w 1920 r.

  • Dział: Historia

Wspomnienia uczestnika
Wystąpienia kolejarzy w Poznaniu w dniu 26 kwietnia 1920 roku

Przedmiotem moich wspomnień będą wypadki, jakie zaszły w Poznaniu w dniu 26 kwietnia 1920 roku, w których dziewięciu kolejarzy ugodzonych strzałami polskiej policji poniosło śmierć, zaś 30 było poważnie rannych.

[Od odzyskania niepodległości] wartość pieniądza spadała, ceny rosły i ludziom, którzy żywili się nie ze spichlerzy, lecz z zarobionych pieniędzy, nie starczało niekiedy nawet na zakup chleba.

Rząd w Warszawie zrozumiał ten stan i 31 grudnia 1919 roku wypłacił po raz pierwszy wszystkim pracownikom państwowym tak zwaną trzynastą pensję.

Tę trzynastą pensję wypłacono na terenach byłych zaborów rosyjskiego i austryjackiego, tylko Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej wypłacenia jej odmówiło.

Nie czuję się tu powołanym do dochodzenia przyczyn, dla których, pomimo poleceń rządu w Warszawie, Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej nie chciało ulżyć warunkom bytu rzesz pracowniczych Wielkopolski i tę nieszczęsną trzynastą pensję wypłacić. Stwierdzę jedynie, że Wielkopolska i Pomorze były wówczas najlepiej sytuowanymi gospodarczo dzielnicami państwa, dzielnicami, które w odróżnieniu od wschodnich i południowych województw nie doznały huraganu zniszczeń pierwszej wojny światowej. Jeśli więc w tamtych dzielnicach znalazły się zasoby na tę trzynastą pensję, to z całą pewnością były one i tutaj (...)

Przyszedł kwiecień 1920 roku, w którym wzrost cen okazał się podwójny. Ministerstwo oznajmiło przedstawicielom Związku, że dodatkowa pensja wypłacona będzie z nowego budżetu 15 kwietnia. Wówczas rok budżetowy obliczano od 1 kwietnia do 31 marca.

Minęły 15, 16 i 17 kwietnia - pensji nie było. Wysyłani do Zamku (1) przedstawiciele grup związkowych wracali, powtarzając oświadczenie urzędników Ministerstwa, że sprawa jest w toku, tylko trudności bankowe zmuszają do wstrzymania wypłaty o kilka dni. Tak przeciągała się sprawa do 26 kwietnia.

Pamiętam ten dzień. Przyszliśmy do warsztatów jak zwykle. Jak zwykle stanęliśmy przy maszynach. Syrena dała sygnał rozpoczęcia pracy.

Na swym warsztacie usiadł Anioła i gwarą poznańską zawołał:

- Jo dziś świętuję. Wojna od roku jest precz, to nie mam powodu pościć, a tydzień już jem jałowe pyry, bo rzeźnik mówi, że w tę naszą dodatkową pensję nie wierzy i na krychę dawać nie będzie.

- A co powiesz, jak cię zawołają do dyrektora - zapytał repatriant z Berlina, nieżyjący już dziś Bolesław Nowicki.

Anioła odpowiedział tak, jak na członka Katolickiego Towarzystwa Robotników Polskich parafii górczyńskiej, w której mieszkał, odpowiedzieć przystało:

- Powiem, że jestem głodny i nie mam sił do roboty. Niech mi dadzą jeść i niech wreszcie zrobią coś u rządu, aby nam dali ten dodatek.

Na warsztat wyskoczył pochodzący ze Słomowa pod Obornikami ślusarz Stanisław Turoń, który 20 lat później zamordowany został w Dachau przez hitlerowców (...) Zawołał:

- Koledzy, Anioła zapomniał nam zaproponować, abyśmy z nim poszli do górczyńskiego proboszcza poprosić, aby nas litościwie napasł ziemniaczkami ze swej piwnicy, a potem ruszył z nami procesją błagalną pod Dyrekcję Kolei prosić obszarnika Dobrzyckiego (2), siedzącego dziś na fotelu prezesa, by ten z kolei ujął się za nami przed swymi kumplami ziemiańskimi, Seydą, Paszwińskim (3), Rzepeckim (4) i Drwęskim, siedzącymi w Zamku. Ja wam mówię, że jak sami nie pójdziemy, jak nie pokażemy, że oni to garstka, a my siła, jak nie zagrozimy strajkiem i zatrzymaniem ruchu kolejowego, to jeszcze kilka miesięcy będą uprzejmie i patriotycznie odsyłać nasze delegacje od jednego dygnitarza do drugiego, aż żony i dzieci nasze wykitują z głodu. Idziemy pod Zamek, czy nie!? Mówił z taką mocą, tak trafił w to, co każdy z robotników ważył w swych myślach, a co w ówczesnych stosunkach wielu nie miało odwagi wypowiedzieć nawet w kilkuosobowej rozmowie, że na jego pytanie odzew z kilkuset ust był jeden - idziemy! Lotem błyskawicy rozniosło się po wszystkich halach hasło: Zostawić pracę, idziemy pod Zamek. Na dziedziniec warsztatu wyległy setki pracowników, których prezes Koła ZZK, Altmann, ustawiał do pochodu.

W furtce muru oddzielającego teren warsztatów od ulicy ukazał się naczelnik warsztatów Stefan Granatowicz. Był to stary, bardzo dobry fachowiec, mianowany naczelnikiem warsztatów przez Naczelną Radę Ludową. Wiedział, że jego pozycja na stanowisku, na którym były wymagane kwalifikacje inżyniera, jest niepewna, a że w tym czasie duchowieństwo w Wielkopolsce miało wpływy przemożne, zaczął demonstracyjnie okazywać swoją, co prawda istotnie szczerą, pobożność. Co dzień rano przystępował do sakramentów, w drodze do kościoła i w powrotnej niosąc w ręku pokaźnej wielkości książkę do nabożeństwa.

Widząc robotników gotowych do pochodu, zapytał, gdzie i po co idziemy. Otrzymawszy wyjaśnienie, zawołał:
- Rodacy, czy wy dla Polski nie możecie ofiarować trochę wyrzeczenia swych potrzeb?
- A my i nasze rodziny to nie Polska? Zresztą niech się wyrzekają ci, którzy mają z czego - odpowiedział mu kolega Franciszek Dachtera (5).

Granatowicz popatrzał po stojących szeregach i powiedział:
- No, to idźcie, ale zachowajcie porządek.

Rzesze pracowników przyszły pod Zamek i wysłały delegację do ministra Władysława Seydy i bawiącego wówczas w Zamku ministra kolei, Kazimierza Bartla (6).

Czekaliśmy niedługo. Delegacja wyszła z urzędnikami Ministerstwa oznajmiając, że sprawa będzie zdecydowana do godziny pierwszej, a nas wzywają do powrotu do pracy.

Robotnicy wrócili do warsztatów. Przeszła godzina pierwsza. Nadeszła druga, a z nią przyszli na halę warsztatową koledzy popołudniowej zmiany. Wysłany pod Zamek zwiad wrócił z oznajmieniem, że do delegatów nie mógł się dostać, gdyż Zamek otoczony jest kordonem policji, która nie dopuszcza do wejścia, z czego wnioskować można, że sprawa, której się domagamy, załatwiona jest nieprzychylnie.

Zwołano ogólną naradę, w której ilość uczestników była podwójna, bo wzmocniona o zmianę popołudniową. Postanowiono pójść pod Zamek, zapytać się, jak wreszcie rozstrzygnięto nasz postulat. Wybrano delegację, która miała o to pytać.

Pochód wzmocniony pracownikami dworca poznańskiego obejmował około 3000 ludzi. Gdy czołówka była pod Zamkiem, koniec pochodu był gdzieś na moście Uniwersyteckim. Dano znak zatrzymania pochodu. Grupy stojące na jezdni weszły na chodnik, by nie tamować ruchu. Delegacja weszła do gmachu nie zatrzymana przez kordon.

Po kilku minutach wyszedł Karol Rzepecki, który wówczas sprawował obowiązki naczelnika Wydziału Spraw Wewnętrznych, a zarazem był prezydentem policji państwowej na województwo poznańskie. Stanął na schodach wiodących do bramy zamkowej i słyszeliśmy, jak spokojnie wydawał rozkazy:

- Pierwszy szereg klęknij! Złóż broń!

Patrzyliśmy na to spokojnie, nie rozumiejąc, po co każe policji odbywać te ćwiczenia. Usłyszeliśmy trzeci rozkaz:

- Na moją komendę ognia!

Równocześnie w prawicy tego zbira ukazał się rewolwer, z którego wystrzelił w górę.

Wówczas część manifestantów zaczęła uciekać w ulicę Wały Zygmunta Augusta (obecnie Kościuszki).

Salwę dano z odległości 30 kroków. Była ona nierówna. Wielu policjantów przed strzałem obejrzało się na rozkazodawcę, chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszeli rozkaz.

W grupie policjantów miałem znajomego, byłego kolegę ze Straży Obywatelskiej w powstaniu wielkopolskim. Był w pierwszym szeregu, któremu kazano klęknąć. Mimo woli obserwowałem go. Pamiętam, że oddając strzał podniósł lufę karabinu tak wysoko, że kula jego na pewno poszła ponad gmachem Dyrekcji Poczty.

Całe szczęście, że takich jak on było więcej. Bo jeśli się zważy bardzo bliską odległość szeregów strzelających do nas i to, że staliśmy w zwartej kolumnie, to nie kilkudziesięciu z nas upadłoby zaraz po strzale na bruk, ale tylu ile karabinów oddało salwę.

Na miejscu śmiertelnie ugodzonych było 7, rannych zaś 32 kolejarzy!

Uczestnicy pochodu nie mieli żadnych agresywnych zamiarów, chcieli tylko swym tłumnym wystąpieniem poprzeć rokowania swych delegatów. Dla robotników, którzy spokojnie oczekiwali na odpowiedź rządców regionu, te nagłe strzały były tak niespodziewane, że w pierwszej chwili pochód rozpierzchł się w boczne ulice.

Starsi pamiętają zapewne, że wówczas na placu pomiędzy wieżą zamkową a Uniwersytetem stał cokół po pomniku Bismarcka. We dwóch, z nieznanym mi z nazwiska warsztatowcem, nieśliśmy jednego z ciężko rannych do Uniwersytetu. W drodze, aby odpocząć i wygodniej ująć rannego, położyliśmy go na stopień cokołu. Dopadł do niego podkomisarz policji. Ranny nie zważał na niego, a może w swym bólu nawet go nie zauważył. Wciąż jęczał: cholery, katy, mordercy!

Podkomisarz zawołał na nas: odejść! Równocześnie skinął na idącego za nim policjanta. Myślałem, że nas odpędza, a sam chce się zaopiekować rannym. Odszedłem parę kroków. Obejrzałem się i zobaczyłem policjanta stojącego bez karabinu, a komisarza podnoszącego karabin nad głową rannego. Unosząc karabin ruchem wahadłowym ugodził go trzykrotnie w głowę.

Ja i stojący obok mnie kolega dopadliśmy do niego. Policjant wyrwał mu karabin z rąk. Zacząłem krzyczeć:

- Koledzy, dobijają rannych! Podkomisarz, trzymając mnie, odpinał olstrę pistoletu. Uderzyłem go w szczękę, tak że cofnął się o krok. Policjant zagrodził mi drogę. Wracamy! - wrzasnął i wymownym ruchem ręki pokazał na nadbiegających kolejarzy. Obaj zaczęli biec ku bramie zamkowej.

Nieraz zastanawiałem się nad tym i dziś po upływie kilkudziesięciu lat nie mam dokładnego przeświadczenia, czy policjant robił to, chcąc pohamować szaleńca przed nową zbrodnią, czy z obawy przed samosądem demonstrujących.

Biegiem dopadli do wrót ogrodzenia Zamku, gdzie strwożeni dokonaną zbrodnią i z obawy przed naszym odwetem policjanci cofali się na dziedziniec Zamku. Tam zaryglowali bramę żelaznego płotu otaczającego dziedziniec, a chcąc udaremnić wyłamanie bramy przez wzburzony tłum, oddali kilka strzałów w powietrze.

Kolejarze pozbierali zabitych oraz rannych i po kilku splótłszy ramiona nieśli jak na noszach do szpitala.

Długi był ten pogrzebowo-sanitarny pochód, w którym niesiono siedmiu zabitych i 32 rannych. To była dopiero wymowna demonstracja, jak w wolnej ojczyźnie odnoszą się sfery posiadające do tych, do których półtora roku przedtem wołano wielkimi literami gazet i afiszy: "Rodacy, do walki o wolność!"; zaś w dwa miesiące później: "Rodacy, do broni, ojczyzna w niebezpieczeństwie!"

Temu pochodowi nikt już nie przeszkadzał. Szliśmy śpiewając bojową pieśń "Krew naszą długo leją kaci". Od ludzi nie związanych z naszą sprawą słyszeliśmy wyrazy współczucia i oburzenia na zbrodnię.

Wieczorem tego dnia, w nocy i na drugi dzień policji nie było w mieście. W dzielnicy Wilda, w której znajdują się warsztaty kolejowe, posterunek policji w dniu 27 kwietnia był zamknięty.

Rano w dziennikach i na bramie warsztatowej pojawiły się ogłoszenia, że ta nieszczęsna trzynasta pensja wypłacona będzie dnia 1 maja. Istotnie wypłacono ją, ale jak wielką ofiarą została ona opłacona.

Gdy po południu 27 kwietnia odwiedziliśmy naszych rannych kolegów w szpitalu, jeden z lekarzy wręczył przewodniczącemu kopertę. Zapytany, co koperta zawiera, odpowiedział:

- Od rana zgłaszają się w kancelarii szpitala różni ludzie i składają datki na pogrzeb tych dziewięciu, bo dwóch jeszcze w nocy zmarło. Nie pytajcie się więcej i weźcie, to na ten cel. Domyśliliśmy się, że to nie ludzie spoza szpitala, tylko sami lekarze zrobili tę składkę. Był to dla nas objaw solidarności ludzi nauki z naszą walką o poprawę bytu klasy robotniczej.

Odbyty 30 kwietnia pogrzeb ofiar był tłumną manifestacją. Wąska ulica wiodąca od dzisiejszej ulicy 28 czerwca na cmentarz dębiecki nie mogła pomieścić mas biorących udział w pogrzebie. Ówczesny proboszcz parafii kościoła Bożego Ciała, dziekan Rankowski, oznajmił przed pogrzebem, że nie życzy sobie i nie dopuści do żadnych przemówień ani też nie wpuści sztandarów związkowych i partyjnych na cmentarz.
Gdy chciał przed bramą cmentarną zrealizować swój zakaz, komisarz policji poradził mu, aby tego nie robił. Czuł bowiem, że rozgoryczenie ludzi idących w kondukcie jest zbyt wielkie i usiłowanie spełnienia żądań księdza grozi nieobliczalnymi następstwami. (...)

Jan Karczmarek

1) W gmachu dawnego zamku króla Prus i cesarza Rzeszy Niemieckiej Wilhelma II Hohenzollerna znajdowała się siedziba Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej, któremu do kwietnia 1922 r. podlegały władze administracyjne województw poznańskiego i pomorskiego.
2) Edmund Dobrzycki, prezes Dyrekcji Kolei Państwowych w Poznaniu.
3) Adam Poszwiński, redaktor, członek Komisariatu NRL, a następnie pracownik Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej.
4) Karol Rzepecki, jeden z przywódców Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, a następnie Związku Ludowo-Narodowego (endecja), uczestnik powstania wielkopolskiego, w czasie wydarzeń z 26.IV.1920 r. prezydent policji w Poznaniu, odpowiedzialny za stosunek policji do demonstrantów.
5) Franciszek Dachtera, jeden z organizatorów ZZK w Poznaniu.
6) Kazimierz Bartel (1882-1941), profesor matematyki Politechniki Lwowskiej, wielokrotny minister i premier rządów polskich okresu międzywojennego (1926, 1928-1929, 1929-1930).

 

Artykuł "Zbrodnia" zamieszczony w "Tygodniku Ludowym", Poznań, 1920 nr 17,

Dzień 26 kwietnia pozostanie czarnym dniem na kartach historii naszego miasta, bo oto w dniu tym polała się krew bratnia na ulicach Poznania, serdeczna krew naszych towarzyszy robotników, stających w obronie słusznych swoich praw. Powód zajść i przebieg ich był następujący: Pracownicy kolejowi w Poznaniu, już od szeregu miesięcy domagali słusznie im się należących, bo przez Sejm uchwalonych dodatków drożyźnianych. Zbyt długie przeciąganie tej sprawy wywołało zrozumiałe zniecierpliwienie. Korzystając z bytności ministra kolei Bartna (1) w Poznaniu, udała się w niedzielę 25 kwietnia delegacja kolejarzy do tegoż, przedstawiając swoje żądania, które atoli ze względu na wyżej wspomniany opór naszego dzielnicowego ministerium nie zostały w myśl życzeń robotników uwzględnione. Gdy następnego dnia, tj. w poniedziałek 26 kwietnia rano, ogół pracowników kolejowych o tym się dowiedział, wywołało to jeszcze większe wzburzenie i w rezultacie odruchowo wszyscy pracownicy warsztatowi, a za nimi i w ruchu, porzucili pracę i w manifestacyjnym pochodzie w liczbie około 3000 ludzi udali się przed Zamek, chcąc zadokumentować, że za stawionymi żądaniami stoi twardo cały ogół pracowników.

Pan minister Seyda (2) przyjął delegację, która prosiła go, ażeby wobec wielkiego wzburzenia zebranych na dziedzińcu zamkowym robotników zechciał bodaj z balkonu słów parę do nich przemówić, któremu tę żądaniu atoli p. minister odmówił. Przyrzekł jedynie przyjęcie o godz. 1 w poł[udnie] delegacji, celem wszczęcia na nowo przerwanych wczoraj rokowań.

Tym małym zupełnie ustępstwem zadowolili się na razie robotnicy i udali się z powrotem do warsztatów, postanowiwszy odczekać wyniku pertraktacji, dając tym samym dowód wysokiej subordynacji organizacyjnej i rozważnego traktowania sprawy. Zamówiona przez p. Seydę delegacja atoli wyczekiwała daremnie na przyjęcie, co gdy ogół przez specjalnego posłańca się dowiedział wywołało zrozumiałe rozgoryczenie i spowodowało ponowny pochód pod Zamek. Na tę chwilę, zdaje się, władze wyczekiwały, właśnie wtenczas, bowiem dopiero przyjęto delegację robotniczą i zaczęto z nią pertraktować po to, ażeby żądania robotników przyjąć, ale dopiero wówczas, gdy na ulicy rozległy się pierwsze strzały.

Ponownemu pochodowi kolejarzy przeciwstawił się bowiem tuż przed zamkiem silny oddział policji uzbrojony w karabiny, pod osobistym dowództwem p. prezydenta policji, Rzepeckiego (3), W pewnym momencie, gdy tłum zbyt nacierał, pragnąc się dostać na dziedziniec zamkowy [...] (4)

W pierwszym momencie tłum cofnął się przestraszony i rozproszony, a policja zaczęła zbierać ofiary [...] (4)

Gdy atoli tłum ochłonął z tego pierwszego wrażenia i zaczął przyjmować postawę coraz to groźniejszą, wówczas policja cofnęła się na dziedziniec zamkowy i zamknąwszy bramy, oddzieliła się od tłumu żelaznym ogrodzeniem, idącym wokół zamku. Tłum tymczasem rósł coraz to więcej, a gdy ambulans sanitarny nadjechał po poległych, wówczas kolejarze wzięli jednego z zabitych na mary i zanieśli wśród groźnych okrzyków przed Zamek, skąd następnie ruszyli do miasta, demonstrując po drodze przed prezydium policji, gdzie powybijano szyby. Wskutek powstałego zamętu, a zwłaszcza zupełnego sparaliżowania jakiejkolwiek akcji ze strony policji, większość której uwięzioną po prostu była na dziedzińcu zamkowym, zaczęły naturalnie działać jak zwykle w takich, razach, różne ciemne elementy, tak że sytuacja stawała sit z godziny na godzinę groźniejsza. Wieczorem ogłoszono stan wyjątkowy, wojsko - zachowując się dotąd biernie, uchwyciło sprawę w swoje ręce i zdołało w kilku godzinach sytuację tak opanować, że następnego dnia już do żadnych dalszych wykroczeń nie przyszło. Ogólna liczba zabitych wynosi 7, rannych 10, podług dotychczasowego stwierdzenia.

Taki był mniej więcej przebieg stwierdzenia tych bolesnych wypadków poniedziałkowych. (...)

1) Kazimierz Bartel (1882 - 1941), profesor Politechniki Lwowskiej, polityk, w 1920 r. minister komunikacji.
2) Władysław Seyda (1863 -1939), prawnik, działacz endecji, "byłej Dzielnicy Pruskiej w latach 1919 - 1920.
3) Karol Rzepecki {1865 -1931) działacz endecki, księgarz, publicysta. W okresie tym pełnił obowiązki komisarza policji w Poznaniu (z niemieckiego - prezydent policji). Po zajściach kwietniowych specjalny Trybunał Administracyjny usprawiedliwił postępowanie Rzepeckiego, lecz ogólnie oburzenie było tak wielkie, iż zarówno Rzepecki, jak i minister Seyda musieli opuścić swe stanowiska.
4) Biała plama po konfiskacie.